Relacje synów z ojcami bywają trudne i skomplikowane, ale dzisiaj zostały mi tylko dobre wspomnienia. Na zdjęciu poniżej jest rok 1979, pasjonat wędkarstwa oprawia jednego z węgorzy , których wiele złowił w "naszym" jeziorze. Później je wędził i były niesamowicie smaczne. Mam w pamięci wiele niezapomnianych przygód z ojcem. Wtedy, jak widać też byłem z niego dumny.
"Kiedy byłem małym chłopcem", w wieku 9-13 lat, ojciec zabierał mnie czasami na ryby, chociaż sam jeździł niemal codziennie na jeziora: “nasze”,”Czarne”, albo “Budziszewskie” i chciał wpoić we mnie pasję do wędkarstwa. Nie udało się, ale miło wspominam czasy kiedy jeździliśmy razem na kilkudniowe biwaki, albo dawałem mu się namówić na wagary, bo wtedy moja wędka lądowała w jeziorze, a ja w krystalicznie czystej wodzie obserwowałem raki spacerujące po po piaszczystym dnie, zbierałem muszle, albo leżałem na brzegu w trzcinie patrząc w niebo i zamiast chłonąć wiedzę w szkole, czerpałem korzyści z przebywania na łonie natury, takich jak poprawa samopoczucia, redukcja stresu i rozwój wyobraźni. O tak, najbardziej na wyobraźnie wpłynęło.
Mój ojciec Stanisław (1946-2001) wychowywał się wraz z trójką przybranego rodzeństwa w Obornikach przy ulicy Powstańców Wielkopolskich 16 w kamienicy z podwórza której wychodziło się wprost na brzeg rzeki Warty, stąd pewnie jego umiłowanie wody i natury.
Z naszych męskich wypraw pamiętam, że ojciec nie lubił wracać do domu z pustymi rękami. Dlatego kiedy ryby “nie brały”, to szliśmy do lasu na grzyby, albo zbieraliśmy owoce z przydrożnych dzikich drzew...
Wiele drzew owocowych rosło jeszcze w tamtym czasie w okolicy ruin młyna wodnego przy moście Schulza na Małej Wełnie. Właśnie stamtąd pod koniec lat 70-tych przywieźliśmy do domu (na ul.Orzeszkowej) dwie małe samosiejki orzecha włoskiego. Mimo protestów mamy, jeden posadziliśmy na podwórku, drugi zaś przed domem. Ojciec bardzo lubił łupać orzechy i je chrupać, teraz miał swoje i dodatkowo spełnił “oczekiwania społeczne”, albowiem wybudował dom, spłodził synów, zasadził drzewa, a nawet zbudował łódź.
Dom co jakiś czas wymagał remontów, dzieci dorastały , zakładały rodziny i po kolei wyfruwały z gniazda, a drzewa wciąż rosły. Wreszcie jakoś przed końcem XX wieku mama dopięła swego i drzewa ścięto. Pozostały z nich tylko kłody, których ojcu żal było spalić w piecu i dlatego trafiły do mojego warsztatu stolarskiego, który prowadziłem wówczas w Rudzie. Przy jakiejś okazji przetarłem ten “spadek” na deski i tak sobie leżały na sztaplu, bo miałem przeczucie że przyjdzie dla nich odpowiedni czas.
![]() |
| Widok z okna sąsiada(Tomczak) na ulicę Orzeszkowej i nasze podwórko, orzech- kość niezgody, wychyla się zza narożnika domu. Wakacje rok 1985. |
I przyszedł, bardzo smutny grudzień roku 2001, musiałem zrobić dwie trumny dla moich protoplastów. 8-go zmarł mój dziadek i ojciec chrzestny Kazimierz, a 30-go mój ojciec Stanisław. Drewna z orzecha, którego sadzonki przywieźliśmy wiele lat wcześniej z mostu Schulza było za mało na trumny, dlatego zrobiłem je z czerwonego dębu, a z orzecha krzyże na grób. Było to dla mnie bardzo głębokie i symboliczne przeżycie, taki hołd dla dwóch pokoleń, których jestem naturalną kontynuacją. Może to się wydawać pretensjonalne, ale z kawałka tego orzecha zrobiłem ramkę do naszego wspólnego zdjęcia z 1988 roku. Jest na nim wszystko najcenniejsze co stworzył nasz ojciec. Rodzina.
P.P.Nowaczyk 14.08.2025





.png)




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz