
Kiedy wychodzisz z domu to zakładasz buty i zawiązujesz sznurowadła, po prostu. Ale ponieważ masz dopiero 15 lat, a jest rok 1985 to wygląda to zupełnie inaczej.
- Mamo jedziemy z Tomkiem do Poznania na koncert Turbo.
No niestety to nie było takie proste. Nawijanie makaronu na uszy rodziców trochę trwało ale najważniejsze że się udało. Z mamą zawsze było łatwiej , trudniej z ojcem. Można nawet powiedzieć że bardzo trudno, a czasami tragicznie (miałem przymusowe "obstrzyżyny"w wieku 16 lat bo kumple ojca ze słynnej piwiarni HADES śmiali się z niego że ja mam długie włosy). No tak Rogoźno jest mentalną wioską nie od wczoraj.
Włosy odrosły, reszta jest milczeniem (moim doświadczeniem).
Wtedy wszystko było inne, ale to jest banał nawet jutro wszystko będzie inne niż dziś. Podobnie jak w powiedzeniu że nie wchodzi się drugi raz do tej samej rzeki. Tyle że to zniekształcona wersja oryginały z przed setek lat, że nie da się wejść do tej samej rzeki, bo nawet jeśli wyjdziemy na chwile na brzeg to wejdziemy z powrotem już do innej wody bo rzeka płynie. W latach 80-tych nie dało się wyjść na brzeg ot tak. Łatwiej było dopłynąć pontonem do Szwecji. Realny socjalizm w którym przyszło nam funkcjonować, a czasami nawet udawało się żyć, płynął szeroką falą unosząc nas w swoim nurcie który miał tylko jeden słuszny kierunek. Jakimś cudem przeciekały pewne dziwne zachodnie frakcje i zarażały nas Polaków. Na przykład subkultury hipisów, punków a później metali, mimo że były powszechnie uważane za patologię. Obdartusy i nieroby, ćpuny, złodzieje itp. Tak to było. O ile w dużych aglomeracjach sympatycy tych subkultur mogli się wzajemnie wspierać, spotykać i organizować, o tyle w małych miastach takich jak Rogoźno byli skazani na ostracyzm, a bywało i gorzej. Można było na przykład za długie włosy albo dziwny ubiór dostać w mordę.
Ojciec mojego ówczesnego kompana Tomka był "prywaciarzem" i zaczynał kręcić swój biznes w garażu o ile pamiętam miał tokarkę i robił drewniane lampy. Miałem taki plan że kiedyś sam otworzę firmę i będę robił lampy i galanterię drewnianą. Wpadłem na to w łazience mojego innego kolegi też Tomka w Kowanówku. Wieszak do ręcznika był z drewna, wieszak do papieru toaletowego, lampa na suficie, kinkiet przy lustrze, wszystko z drewna, a ja czasami w kieszeniach miałem tylko trociny. Ale wtedy jeszcze przede wszystkim zajmowałem się "metalem" o czym napisał Wojciech Lis w swojej wspaniałej książce "Zintegrowani" ( wyd.Monomaniax 2024). Poniżej wybrane fragmenty .
![]() |
| Autor 1988 fot. R.Bajkowski |
![]() |
| Autor w swoim pokoju 1988 fot. R.B. |
Przemek Nowaczyk -W regionalnej gazecie województwa pilskiego pracował redaktor Krzysztof Kalka i zajmował się między innymi Pocztą Nastolatków. Pojawiały się tam listy od młodzieży na różne tematy ale głównie muzyczne. 25 listopada 1985 roku wybraliśmy się z moim ówczesnym kompanem Tomkiem do Poznania na koncert TURBO (w kinie Grunwald przy ulicy Polnej-obecnie Biedronka). To było dla nas bardzo ekscytujące przeżycie, taki dreszczyk emocji małolatów z prowincji móc przebywać w towarzystwie tylu kolorowych długowłosych kolesi. Wtedy poczuliśmy się częścią wyjątkowej społeczności i usłyszeliśmy kilka zaskakująco ostrych thrashowych numerów na Kawalerię Szatana. To był taki moment że mogłem napisać do Tygodnika Pilskiego o moim ukochanym Turbo i czymś wyjątkowym co przeżyłem. A gdy po kilku tygodniach zobaczyłem swój list w gazecie urosły mi skrzydła. W tym czasie rodził się pomysł na nasz korespondencyjny Fan Klub i fanzin. Pisałem do gazety często i minimum raz w miesiącu publikowali moje listy . Tak się złożyło że rok 1986 obfitował w ważne wydarzenia takie jak koncerty ACCEPT( byłem w Poznańskiej ARENie) czy pierwsza METALMANIA więc miałem o czym pisać. Informacje czerpałem od korespondentów D.F. którzy mogli osobiście uczestniczyć w wydarzeniach na które ja ze względu min. na wiek nie mogłem się wybrać. Z czasem stałem się “stałym korespondentem muzycznym” , a “SLATAN z Rogoźna” spowodował falę listów do redakcji . Pisałem głównie o metalu; relacje z koncertów na które jeździłem, wywiady i nowinki które do mnie docierały . Zdarzyło mi się poruszać także problemy młodzieży, ale pod innym pseudonimem. Pod koniec współpracy z gazetą w 1988 roku kilka moich wywiadów ukazało się na normalnych stronach gazety i otrzymałem za nie honorarium, dokładnie 1885 zł.. Wtedy już nie byłem SLATANEM ale Przemkiem Nowaczykiem i być może gdybym poszedł tą drogą to dzisiaj byłbym dziennikarzem, ale wybrałem inaczej i robiłem w życiu wiele bardzo ciekawych rzeczy :) Na przykład trumny.
![]() |
| Autor w pracy 1993 fot.arch |
P.N.-Tak jak wspomniałem mój “sukces” w Tygodniku Pilskim i publikacja adresu do korespondencji sprawiły że poznałem kilka fajnych dziewczyn :) i chłopaków w tym Sebastiana Chosińskiego z którym w pewnym momencie opanowaliśmy cały kącik dla młodzieży w tej gazecie. A później przez jakiś czas wspólnie robiliśmy fanzin DIABOLIC FORCE czy festiwal Metal meeting w Wągrowcu. Można powiedzieć że wzajemnie się napędzaliśmy do działania .Nawiązywałem też kontakty z metalami z Chodzieży, Szczecinka, Wielenia, Krzyża, Wągrowca czy Okonka i nie kończyło się to tylko na pisaniu listów, ale również wzajemnych odwiedzinach. Była to okazja do wymiany wtedy jeszcze skromnych nagrań na kasetach , wycinków prasowych, zdjęć i plakatów. W ówczesnym województwie pilskim niewiele działo się w metalowym podziemiu i nie było za bardzo o czym pisać na szczęście tuż za progiem był Poznań.
W.L. -Odzew na Twoje teksty musiał być spory wśród młodych ludzi, skoro w grudniu 1987 redaktor Zbigniew Noska docenił Twoją pracę i oficjalnym pismem za nią podziękował?
![]() |
| fot. R.B. |
P.N. -Tak, czułem się doceniony i bardzo zmotywowany do działania. Siedziałem w tym smutnym mieście w swoim pokoju, słuchałem muzyki i pisałem listy do gazet, do rozgłośni, do ludzi, do fanklubów. I z niecierpliwością czekałem na kolejne wydania Tygodnika Pilskiego, wsłuchiwałem się w audycje radiowe gdzie podawano adres mojego Fan clubu czy publikowano utwory o które prosiłem. Byłem bardzo aktywny oczywiście na miarę swoich możliwości.
Ale była też ciemna strona mojej ówczesnej popularności. Zazdrość kolegów. Pożyczyłem kolesiowi z osiedla jakieś kasety i czasopisma. Nie dość że nie chciał mi oddać to jeszcze wydzierał się na mnie ,że nikogo nie interesują wypociny jakiegoś “ubogiego robola” z Rogoźna ( z zawodu jestem stolarzem i chodziłem do zawodówki). Inny “życzliwy” wieloletni kolega przekazał mi niby w tajemnicy informację z pewnego źródła że Milicja interesuje się moimi kontaktami z satanistami i lepiej żebym z tym skończył bo będą kłopoty. To była bzdura, ale zanim sobie to uświadomiłem ze strachu spaliłem kilka worków z listami i materiały okraszone stylistyką satanistyczną. Była też dość dziwna sytuacja przed Thrash Meetingiem w Chodzieży 19.03.1988 który wspomagałem. Byłem wtedy jeszcze współpracownikiem Thrash'em All, ale dzień przed imprezą odwiedził mnie “posłaniec” z informacją od organizatorów imprezy że koncert jest odwołany i nie mam przyjeżdżać. Niestety nie miałem wtedy żadnych możliwości by to zweryfikować i zamiast do Chodzieży pojechałem do Rybnika. Festiwal się odbył i wyglądało to jakby ktoś chciał się pozbyć konkurencji (czyli mnie) bo wtedy już funkcjonowało kilka zinów i wciąż pojawiały się nowe. Dlatego w T.A. nr 3/88 nie ma mojej relacji z tej imprezy tylko krótka wzmianka. Mimo tego że kontakty z niemal całą polską dawały mi siłę do dalszego działania, a wśród kilku korespondentów znalazłem przyjaciół to miewałem chwile zwątpienia “czy to co robię ma sens ? “
W.L. -Jak w ogóle wpadłeś w sidła heavy metalu? Dzięki komu? Który to był rok?
![]() | |||
| Jacek do góry Przemek na dole wiosna 1978 r. | fot. arch. |
P.N. -Byłem chłopakiem z małego miasta w województwie pilskim. Synem wielodzietnej rodziny, bo poza Jackiem(współzałożycielem Diabolic Force) który jest ode mnie o rok starszy mam jeszcze pięcioro młodszego rodzeństwa. Nasze dzieciństwo było piękne, ale niełatwe. Dzięki zaradności rodziców a zwłaszcza naszej mamy Czesławy nie czuliśmy się gorsi od innych. Mama była krawcową i ze względu na opiekę na dziećmi pracowała w domu. Dziś z dumą wspominam ten czas gdy mogłem być jej prawą ręką. Pomagałem w szyciu rękawiczek czy poduszek, gdy trzeba było oddać zlecenie często siedzieliśmy do pierwszej, drugiej w nocy a w radioodbiorniku Ślązak trzeszczały zakłócane przez komunistów audycje Radia WOLNA Europa albo Głos Ameryki. Ten sam Ślązak kilka lat później został moim pierwszym wzmacniaczem gitarowym. Na maszynie do szycia zwężałem sobie nogawki w spodniach i szyłem koszulki (T-shirt) Byłem też zaopatrzeniowcem rozwoziłem po klientach przerobione czy naprawione ubrania , robiłem zakupy w pasmanterii (zamki, guziki ,nici itp.) Myślę że już wtedy kiełkowała we mnie przedsiębiorczość. Jednak najbardziej lubiłem pomagać mamie w kuchni zwłaszcza przy pieczeniu ciast, bo jak wiadomo ciasto jest słodkie :) Pamiętam jak mając chyba 13 lat wypiłem mleczko ze zmielonego maku i nie wiedzieć czemu zasnąłem na kilka godzin. W naszym domu na ulicy Orzeszkowej mieliśmy z Jackiem swój pokój i większość wspólnych zainteresowań bo chodziliśmy razem przez 9 lat do szkoły. Była też nasza “tajna baza” w piwnicy obwieszona wielkimi mapami i innymi skarbami ze szkolnego demobilu gdzie przy pomocy baterii R 12 produkowaliśmy wodór który robił BOOOM. Ale było między nami sporo różnic. Ja grałem w piłkę w lokalnym klubie WEŁNA ROGOŹNO a Jacek ogarniał tablicę Mendelejewa, pochłaniał twórczość Shakespeare i pisał wiersze. Kiedy skończyliśmy podstawówkę w 1984 roku mój brat wyjechał do Poznania i nigdy już tu nie wrócił, a ja zostałem. Jacek przyjeżdżał co kilka tygodni do domu po prowiant i to on przywiózł jakąś zajechaną kasetę, którą dostał od kumpla. Na jednej stronie Metallica - Ride the lightning a na drugiej po prostu jak piorun z jasnego nieba trafił we mnie Mercyful Fate - Don't break the out. I już poszło :) Jacek zawsze przywoził jakieś nowości. Najwięcej było niemieckich kapel, a później amerykańskie. W maju 1985 roku do Rogoźna na koncert przyjechało TURBO więc na tą okazję uszyłem sobie spodnie z prześcieradła i pofarbowałem na czerwono, a biała koszulka dzięki farbie do odzieży i czarnemu tuszowi zmieniła się t-shirt z logiem płyty SMAK CISZY. Całe miasto było ozdobione flagami biało- czerwonymi, a podczas defilady pierwszomajowej spadł śnieg, to było niesamowite. Chyba dzięki temu nigdy nie zapomnę tego dnia. Wtedy też usłyszałem na żywo SMAK CISZY i poznałem smak Piwa Grodziskiego które do dzisiaj smakuje tak samo wyjątkowo jak w 1985.(...)
![]() | |
| Pochód 1 -majowy w Rogoźnie 1985, fot. Jan Pietruszczak |
W.L. -Na początku 1986 roku, stworzyłeś z bratem Jackiem pierwszy numer Fan Clubu Diabolic Force. Co było tym bodźcem, który pchnął Ciebie i brata do pisania?
![]() |
| "Cymbały" :) 1983 od lewej ja , Jacek i koleżanka fot.Jan Pietruszczak |
P.N. -Wracając do samego początku to pewnym czynnikiem który pomógł nam( z bratem) stworzyć w marcu 1986 Diabolica była maszyna do pisania z początku XX wieku którą udało nam się pożyczyć od przyszywanej cioci Oli (szkolnej przyjaciółki naszej mamy). Ponieważ bywały z tym antykiem różne problemy charakterystyczna koślawa czcionka jest widoczna w pierwszych nr zinu. Wkręcała albo zrywała się taśma , blokowały klawisze, wałek nie trzymał poziomu itp. ale to było i tak lepsze niż pisanie od ręki. Dodatkowym impulsem były moje publikacje w Tygodniku Pilskim które spotykały się z pozytywnym odzewem więc dlaczego by nie spróbować szerzej w całej Polsce. Ale jak ? Nie mieliśmy wzorców, byliśmy pionierami. Dlatego np. stworzyliśmy listę przebojów bo muzyka jakoś docierała z różnych audycji radiowych a wydarzeń metalowych w których mogliśmy uczestniczyć prawie nie było. Dodatkowo Jacek miał zdolności artystyczne i rysował pierwsze okładki, a ja organizatorskie i … robiłem co mogłem. Trudno było zdobyć zdjęcia i wiarygodne informacje, właściwie opieraliśmy się na różnych niepotwierdzonych źródłach i kiedy czytam pierwsze numery Diabolica to jest tam wiele nieścisłości przekręconych nazw zespołów, nazwisk, tytułów itp. Ale nie było to tylko nasza bolączka bo jak wiesz wiele późniejszych zinów publikowało kopie artykułów z innych zinów nie wnosząc nic nowego. Dopiero gdy zaczeli do mnie pisać chłopaki z kapel ARMAGEDDON, VADER, MERCILESS DEATH, THRASHER DEATH, EDDY, IMPERATOR oraz szereg osób z dostępem do prasy zagranicznej mieliśmy coraz więcej tematów i przybywało stron w gazetce.
![]() |
| Od lewej autor i Andrzej Sobczyński 1988 fot. arch. |
W.L. - Konsekwencją Twojej zinowej działalności były spotkania, które odbywały się dzięki Twojej pasji w Rogoźnie. Gościł u Was kwiat ówczesnej sceny metalowej, od Krzysztofa Brankowskiego do zespołu Kreon, a Ty spotykałeś się z Barielem z Imperatora na długich dyskusjach…Później muzycy sami zapraszali Cię do siebie, albo odwiedzali z zaskoczenia, prawda? Przypomnij proszę tamten czas…O czym debatowaliście?
P.N. -Takie spotkania zaczynały się od opowieści o przygodach w podróży , bo w tamtym czasie trudno było się przemieszczać po Polsce bez przygód zwłaszcza kiedy twoja fryzura i ubiór odróżniały się od szarej masy.Później przechodziliśmy do wymiany najnowszych wiadomości z własnego podwórka i wielkiego świata. Na przykład Krzysztof Brankowski był w tamtym czasie najlepszych źródłem wiarygodnych informacji i do tego miał płyty winylowe dlatego wysyłając pocztówkę z głosami na jego listę METAL TOP 20 zawsze było moje Post Scriptum z pytaniem” co tam ciekawego w świecie” i Kris zawsze wyczerpująco odpisywał …na kartce pocztowej. Bo informacje jakie do nas docierały były szczątkowe, często mało konkretne a trzeba było stworzyć ciekawe artykuły do zina. I tu przechodzimy kolejnego ważnego tematu rozmów do sfery fantazji, bo były to plany a raczej marzenia o koncertach światowych gwiazd o sprzęcie do grania i nagrywania.. Ale wiesz co, wszyscy byliśmy w tych dyskusjach równi nikt się nie wywyższał. To było piękne i prawdziwe, takie naturalne, bezpretensjonalne i bezinteresowne w dzisiejszych czasach niemożliwe. Bariel z Adrianem przyjechali z Łodzi do Rogoźna pociągiem i większość dnia spędziliśmy w moim pokoju gadając o wszystkim a przy okazji nagrałem wywiad który ukazał się w fanzine nr 12/13. Nasze spotkanie odbyło się zimą, a gdy chłopaki odjeżdżali dworzec kolejowy w Rogoźnie spowiła gęsta mgła - magiczny widok. O ile wizyta Imperatora była zapowiedziana ( korespondencyjnie) to już zespół Geneza Agresji zaskoczył mnie w sobotni poranek, nawet chyba gitary mieli ze sobą. Bardzo sympatycznie chłopaki i piwo przywieźli :). Innym razem w jakieś popołudnie przyjechała ze sprzętem gotowa na próbę ekipa GOMOR, bo słyszeli że jest tu spoko dom kultury który organizuje spotkania z metalowcami i przyszli do mnie jak do jakiegoś “guru” żebym im to załatwił. Ta przyjazna atmosfera w środowisku metalowym wynikała poniekąd z braku innych możliwości. Zespoły chcąc zaistnieć bardzo chętnie kontaktowały się z nami i przysyłały kasety, zdjęcia itp. a muzycy szukali możliwości spotkania z ludźmi z branży. Wszystko było na poziomie undergroundu. Budowaliśmy fundamenty pod metalową scenę muzyczna i metalowe media. Pierwsze spotkanie zorganizowałem 14 lutego 1987 roku w Kubie fabrycznym Agromet ROFAMA. Udało mi się zaprosić Krisa Brankowskiego który był jak już wspomniałem wcześniej najbardziej wiarygodnym źródłem nowinek i informacji oraz posiadaczem ogromnej kolekcji płyt i nagrań video. Co jakiś czas informował słuchaczy Muzyki Młodych o kolejnych spotkaniach z fanami metalu. Pojechałem na jedno z nich do Szczecinka i to mnie zainspirowało aby zrobić coś podobnego w Rogoźnie. Wtedy osobiście poznałem wreszcie Krzysztofa Kalkę(redaktora prowadzącego Pocztę Nastolatków w Tygodniku Pilskim) i dziesiątki osób z całej Polski którzy byli głodni wszystkiego co związane z metalem.. To było niesamowite uczucie jakbyśmy stanowili jedno plemię czy coś takiego. Na koniec Kris Brankowski, Jacek Adamczyk, Rafał Żelechowski (KREON), ktoś z kapeli 666XHE i jeszcze kilka osób siedzieliśmy w salonie moich rodziców i zajadaliśmy placek drożdżowy mojej mamy. Dyskusja dotyczyła pewnie w dużym stopniu największych wydarzeń muzycznych nadchodzącej METALMANII i wspominaniu poprzedniej. Później organizowałem też cykliczne spotkania dla lokalnej społeczności na których prezentowałem nowości i organizowałem konkursy.
W.L. - Na jednym z takich spotkań poznałeś Mariusza Kmiołka? Bardzo zresztą pomagałeś w promocji jego ówczesnej grupie Haron…
P.N. -W czerwcu 1987 roku na spotkanie członków Fan Clubu do Rogoźna przyjechało wielu fantastyczny ludzi z całej Polski miedzy innymi Mariusz. Mam już swoje lata i wiem że nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny. Dlatego albo Mariusz stanął na mojej drodze albo ja na jego. Tak czy owak spotkaliśmy się . Najpierw korespondencyjnie bo napisał do mnie ówczesny perkusista całkiem fajnego zespołu HARON, ale zaraz potem zaoferował mi pomoc w przygotowaniu grafiki do zina. I to było widać że po nieco średniowiecznych grafikach jakie potrafiliśmy narysować z Jackiem pojawiło się profesjonalne logo made in KMIOŁEK .Przeglądając okładki i szaty graficzne poszczególnych nr zauważysz poważną zmianę wraz z nr(8) 3 1987 wtedy w zespole redakcyjnym pojawił się na stałe zdolny grafik Mariusz Kmiołek. Z czasem Mariusz dostarczał nam również teksty.
![]() |
| Spotkanie w Rogoźnie, czerwiec 1987 od lewej: Krzysztof Brankowski, Radosław Kasprzak, Sebastian Chosiński i autor. fot. R.B. |
W.L. -Komunikacja w latach 80. Pisałeś listy? Rozmawiałeś telefonicznie, czy może wysyłałeś telegramy? Jak komunikowałeś się z ludźmi w latach 80?
P.N. -To zabawne gdy teraz o tym pomyślę. W Rogoźnie nie było nawet budki telefonicznej, można było iść na pocztę, zamówić międzymiastową i czekać na połączenie. Ja znalazłem wygodniejszy i wbrew pozorom szybszy sposób na komunikację. Jechałem pociągiem do Poznania z saszetką drobnych na telefon i tam z automatu na dworcu obdzwaniałem znajomych, przy okazji zaglądałem do FOTOPLASTIKONU na Świętym Marcinie czy nie pojawiły się jakieś fajne nowe zdjęcia, albo odwiedziłem brata w bursie na Zamenhofa. Ale niezastąpionym kanałem komunikacji były listy. Z założenia nasz fanklub był korespondencyjny to wiązało się z czytaniem i pisaniem dużej ilości korespondencji. Bardzo żałuję że nic z tego się nie zachowało ponieważ ludzie bardzo się angażowali aby zawrzeć w listach ciekawe treści, swoje przemyślenia, nawet uczucia często bogato ilustrowane. Miałem kilku korespondentów którzy pisali z dziwnych miejsc np. z wojska i było to dla nich bardzo ważne by mieć kontakt z kimś “na wolności”. Również dzięki różnorodności moich korespondentów sam uniknąłem wojska.(...)
W.L. - Ale oprócz korespondentów z Polski, miałeś też kontakt z ludźmi z byłego Związku Radzieckiego? A pisałeś z kimś z tzw. Westu?
P.N. - Tak napisał do nas chłopak z ZSRR German Babkin. Przysłał zaskakujące informacje o różnych kapelach i ludziach zajmujących się metalem w jego kraju. W zamian wysłaliśmy do niego nasz fanzin. Niedługo potem otrzymaliśmy kilka zdjęć muzyków i wywiad z Andriejem Bolszakowem. Wywiad oraz zdjęcia opatrzone moim komentarzem ukazały się w Tygodniku Pilskim w grudniu 1987 r. oraz w jednym z ostatnich numerów Diabolica. .W tamtym czasie dla nas Polaków zespoły z demoludów były folklorem. Tylko kapele z zachodu no i nasze były OK :) Kiedyś też odpisał mi fan club czechosłowackiego zespołu CITRON i przysłali płytę oraz różne materiały promocyjne, po czesku :) W podziękowaniu z dumą wysłałem im longplay TURBO Kawaleria Szatana. Moje kontakty z zachodem nie miały szansy ponieważ poza ojczystym językiem znałem tylko rosyjski.
W.L. - W czerwcu 1986 roku ogólnopolski tygodnik „Na Przełaj”, opublikował ogłoszenie o tym, że wydajesz zina. Co wydarzyło się później?
P.N. - Dokładnie w piątek 6 czerwca (06.6.1986) trzy szóstki w dacie , dzisiaj to dzień Slayera no i 6-go czerwca 1961 przyszedł na świat Tomás Enrique Araya. Przypadek ? Nie sądzę :) Ponieważ mam ten wycinek w kolekcji zacytuję :
“K.F.C.Diabolic Force to korespondencyjny Fan Klub Heavy Metal. Nie pobierają żadnych składek, za to wydają raz w miesiącu gazetkę, prowadzą Heavy metal Listę “666”, spełniają wszystkie prośby dotyczące “metalu”. szczególnie interesują ich grupy: Artillery, Agent Steel, Bulldozer, Celtic Frost, Destruction, Exodus, Exciter, Grave Digger, Griffin, Helloween, Iron angel, Kreator, Kat i tak dalej. Adres: (...)”
W czerwcu 1986 roku byłem uczniem drugiej klasy szkoły zawodowej i pamiętam że po niedzieli w poniedziałek lub wtorek kiedy wracałem do domu było bardzo gorąco. Zatrzymałem się przy furtce ze swoim białym workiem głodny świeżej korespondencji której spodziewałem się po piątkowej publikacji adresu w Na przełaj. Listonoszem w naszej okolicy był sympatyczny inwalida bez ręki, któremu często musiałem kwitować odbiór gotówki gdy ktoś przysłał pieniądze na ‘zina przekazem pocztowym a nie po prostu w kopercie, ale tym razem skrzynka na listy była pusta. No cóż trochę zawiedziony poszedłem do swojego pokoju a tam na biurku stos listów ! Nie zmieściły się w skrzynce i tak było przez kilka kolejnych dni, a może tygodni. Zaczęło się. Ludzie pisali że chcą zapisać się do Fan CLubu i kupować fanzin to był ogień. Ale w pewnym momencie też refleksja czy damy radę ?
W.L. - Byliście bardzo popularnym zinem, skoro na Metalmanii (1987) ze sceny padały dla Was pozdrowienia i dedykacje…
P.N. - Jako najczęściej cytowany i promowany w dostępnych ówcześnie mediach Fan Club dodatkowo wydający jeszcze ogólnopolską gazetkę potrafiliśmy dotrzeć tam gdzie trzeba żeby zaistnieć w przestrzeni publicznej. No i mamy taką wyjątkową pamiątkę, chociaż wspominając tamten czas to OPEN FIRE i DESTROYER były raczej wyśmiewane przez inne kapele za “ miękkość i pretensjonalność”. Dzisiaj to nie ma znaczenia kto z kogo szydził czy kpił, wszyscy tworzą jedną historię i niestety z niesmakiem ale i zrozumieniem oglądam próby reanimowania kapel z tamtych lat. Bo reaktywacja przeciętnego zespołu po 20 czy więcej latach to jak wykopywanie trupa z cmentarza. Litości. Spotkajcie się i pograjcie sobie, ale nie próbujcie znowu robić kariery nie udało się wtedy nie uda teraz. Pozdrawiam Slatanic.
W.L. - Czy załapałeś się jeszcze, jako zinowiec na problemy z cenzurą?
P.N. -Przypuszczam że byłem “za mały” na zainteresowanie cenzury. Z drugiej strony przecież działałem w podziemiu więc co mogliby mi zrobić ? A być może rozpracowały mnie służby i warto sprawdzić w IPN czy jest moja teczka:) W tym samym czasie jednocześnie współpracowałem z Tygodnikiem Pilskim pismem PZPR - bo innych w zasadzie nie było i wydawałem podziemną gazetę.
W.L. - A papier, czy dostęp do kserokopiarki? Oto też nie było przecież łatwo…Jak sobie radziłeś?
![]() |
| Autor do góry na dole Sergiusz Wysocki 1988 fot. arch |
P.N. -I tu znowu pojawia się rzeczywistość “Slatana z zadupia”. Pierwszy numer Diabolic Force z marca 1986 można porównać do zadania domowego z ZPT(zajęcia praktyczno techniczne w ówczesnej szkole podstawowej). Pod ręką były tylko dwa rodzaje papieru: śniadaniowy i stare gazety lub ich luksusowy zamiennik - papier toaletowy. Od cioci pożyczyliśmy maszynę do pisania, z pracowni krawieckiej naszej mamy “pożyczyliśmy” kalkę, a papier śniadaniowy był w szufladzie w kuchni. I tak zaczęła się ta historia …Ksero ? Było, a co miało nie być.Tak jak w filmie Barei taras widokowy jest tyle, że najbliższe ksero było w Poznaniu, a nie we Wrocławiu. Nie wszędzie chcieli kserować naszą podziemną twórczość w obawie przed władzą. Na szczęście znaleźliśmy swoją “drukarnię” w piwniczce na Strzeleckiej i tam zawsze bez problemu mieliśmy każdą ilość. Po prostu zostawiałem gościowi materiał i wracałem po odbiór w ustalonym czasie. (...)"
P.S.













Brak komentarzy:
Prześlij komentarz