Efekt motyla

 

Mam taki nawyk, że eksploruję sieć w poszukiwaniu wszystkiego co związane z Rogoźnem i z reguły intuicja mnie nie zawodzi. Tyle, że to nie koniec "zabawy", bo każde znalezisko trzeba jeszcze umieścić w czasie i przestrzeni.

 


Nagrodą za to moje "szperanie" jest na przykład ta przedziwna historia, która przecina linie życia kilku zupełnie obcych sobie osób i wygląda jakby ułożył ją ktoś po drugiej stronie lustra...

  Kilka lat temu przeszukując internet natrafiłem na tzw. “święty obrazek” podobny do tych które ksiądz zostawiał nam podczas corocznej wizyty duszpasterskiej,  potocznie zwanej kolędą. Ale moje niewielkie znalezisko o wymiarach 5 na 9 centymetrów pochodziło z okresu II Rzeczpospolitej i spowodowało efekt motyla.

 



W historię Rogoźna wpisało się wielu duchownych i byli wśród nich też tak bardzo zaangażowani, że za swoją działalność społeczną i postawę patriotyczną musieli zapłać najwyższą cenę. Jedną z tych szlachetnych postaci był bez wątpienia urodzony w Rogoźnie Ks.Czesław Cofta  (26.06.1910-04.10.1944), a fragment historii jego życia pięknie opisał i opublikował w listopadzie 2024 roku na stronie FB ”Ciekawa Wielkopolska” były redaktor naczelny Tygodnika Pilskiego Zbigniew Noska. (całość możecie przeczytać na dole tego artykułu).

W drugiej połowie lat 80-tych kiedy pan Zbigniew pełnił wspomnianą funkcję, miałem okazję go poznać, ponieważ  byłem  korespondentem rubryki młodzieżowej tej regionalnej gazety, za co otrzymałem podziękowanie i garść srebrników. Niestety w marcu 2025 roku dowiedziałem się od Sebastiana Chosińskiego, że Zbigniew Noska nie żyje (post Sebastiana przeczytacie na dole strony).



 

  Ale wróćmy do meritum ponieważ w styczniu tego roku ukazała się książka-biografia pt. „Paciorki pamięci. Ks. Czesław Cofta – droga do męczeństwa” - Zbigniewa Cofty. Oto jak autor opisuje co m.in. spowodowało, że zajął się tym tematem : Był grudniowy dzień 2018 roku. Pracując na komputerze, szukając jakiejś informacji dotyczącej okresu II wojny, wpisałem w przeglądarkę imię i nazwisko – Czesław Cofta. Nie wiem, czy liczyłem, że znajdę coś nowego (wcześniej wpisywałem jego nazwisko wielokrotnie). Wielkie było moje zdziwienie, gdy przeczytałem zarchiwizowaną (w 2016 r.) na allegro.pl ofertę sprzedaży obrazka prymicyjnego ks. Czesława Cofty. Uzyskałem dane sprzedawcy, antykwariusza ze Swarzędza pod Poznaniem. W rozmowie telefonicznej zostałem zaskoczony po raz kolejny, gdy okazało się, że pełna oferta sprzedaży to nie jeden, lecz trzy różne obrazki prymicyjne ks. Czesława. Tak rozpoczęła się moja przygoda z poszukiwaniami wiadomości o życiu kuzyna moich rodziców "(...)

 

Okładka książki oraz fragment wypowiedzi autora pochodzą ze strony wydawnictwa "Kontekst"       
https://www.wkn.com.pl/katalog/zbigniew-cofta-paciorki-pamieci-ks-czeslaw-cofta-droga-do-meczenstwa/

 Książkę można nabyć w księgarni internetowej: https://ksiazkiprzyherbacie.pl/paciorki-pamieci-ks-czeslaw-cofta-droga-do-meczenstwa-zbigniew-cofta

 

  Tak się złożyło, że w 2016 roku kupiłem jeden z tych obrazków prymicyjnych na portalu allegro.pl  i to on stał się dla mnie inspiracją do napisania tego artykułu. Tyle że teraz szukając informacji o Ks. Czesławie, znalazłem o wiele więcej niż się spodziewałem, w tym kawałek własnej przeszłości.

P.S (dopisane trzy dni po publikacji)

 

Motyl choć żył krótko, to wciąż trzepocze skrzydełkami


Chwile po tym jak opublikowałem na blogu ten artykuł napisał do mnie Pan Jacek Dorna


“Przeczytałem na Pana blogu interesujący tekst o ks. Cofcie. Myślę, że znałem się dość dobrze z organistą Franciszkiem z Połajewie, jeśli to był on o nazwisku Poznań. Gdy jeździłem na żniwa do rodziny w Połajewie jako nastolatek (lata 70-te), zaprzyjaźniłem się ze starszym panem Franciszkiem, ponieważ wtedy od 10 lat uczyłem się grać na fortepianie u pani Budnik, zawsze pociągały mnie bardzo organy. Pan Franciszek miał wtedy może 60 lat i był bardzo otwarty, żeby mnie wprowadzać w arkana gry na organach. Potem jak awansował na organistę do Czarnkowa, ja całe żniwa zastępowałem go w Połajewie, grając na mszach za darmo dla własnej satysfakcji, czyli cały dzień na polu, a wieczorem gra, a niedziela wszystkie msze. Myślę, że to ten sam Franciszek Poznań z opisu na Pana blogu. 

Odwiedziłem go jeszcze po jego przejściu do Czarnkowa i nawet zostałem tam 2-3 dni. Pan Franciszek, był niezwykłym organistą. Jak go poznałem mieszkał w organistówce koło kościoła św. Michała w Połajewie. Miał konia, wóz i kawałek ziemi. Oczywiście miał rodzinę, żona chyba już nie żyła, ale miał dwie córki. Pamiętam jak pewnego dnia właśnie przyjechał z pola, wyprzągł konia i przybiegł do kościoła krótko przed mszą wieczorną szybko jedząc jeszcze kiszonego ogórka.😊Otwierał pulpit organowy, otwierał któryś ze starych, zniszczonych zeszytów organowych J. S.Bacha i bezbłędnie grał jego Preludia i Fugi. To mnie zachwycało, a prócz tego był chętny do pokazywania mi nastolatkowi różnych rozwiązań gry na organach, a były i są to chyba nadal organy mechaniczne, czyli takie, które wymagają dużej siły w palcach przy naciskaniu na klawisze. Pana Franciszka będę pamiętał jako świetnego organistę, dobrego (małego obszarowo) rolnika i dobrego nauczyciela otwartego na innych ludzi. 😊Tyle Panie Przemku, może coś się przyda, a jak nie to miło mi było powspominać dzięki Panu. Pozdrawiam serdecznie, Jacek


Jestem już po lekturze tej wspaniałej książki o istnieniu której dowiedziałem się zaledwie trzy dni temu. Znalazłem w niej  wiele interesujących i zaskakujących wątków i powiązań z moim miastem, enigmą i Szpilmanem ! Dodatkowo mnóstwo niepublikowanych dotąd  zdjęć z Rogoźnem w tle. Jest to z pewnością również kompendium wiedzy na temat wkładu duchowieństwa w walkę z okupantem w czasie II wojny światowej, ale przedstawia szczegółowo cichych, często zapomnianych bohaterów tamtych czasów i cenę jaką musieli zapłacić za swoja dzałalność, a wielu z nich było związanych z Rogoźnem. Autor książki Zbigniew Cofta wykonał naprawdę kawał dobrej roboty. No i jeszcze jeden drobny szczegół od którego wszystko się zaczęło ; w bardzo ciekawym rozdziale o obrazkach prymicyjnych, wśród kilkunastu odnalezionych nie ma tego z mojej kolekcji dlatego z przyjemnością dzielę się nim z Wami. A książkę polecam bo jest wyjątkowa. Przemysław Piotr Nowaczyk

   

 


 ***

Post Zbigniewa Noski z 18 listopada 2024 roku.

"Męczennik z Lubasza

Przenikliwy chłód wypełniał piwnicę, przeszywając ciało aż do kości. Ksiądz Czesław Cofta leżał osłabiony w kącie, przyciśnięty do wilgotnej, piwnicznej ściany. Chorował na gruźlicę, miał gorączkę i majaczył. Otaczały go martwe ciała więźniów, które niby cichy chór zdawały się opowiadać o bezgranicznym cierpieniu, jakie sprowadziła wojna. Smród rozkładu, gęsty i ostry, przypominał mu każdą chwilę bólu od momentu aresztowania.

Przymknął oczy i pozwolił, by wspomnienia spłynęły na niego niczym rzeka, w której zatapiał się coraz głębiej. Widział siebie jako młodego chłopaka w Rogoźnie, pełnego ambicji, dorastającego w cieniu ojcowskiego warsztatu stolarskiego. Wspominał tamte dni czyste i nieskalane. Praca ojca nauczyła go wytrwałości i cierpliwości, a matka przekazała mu zasady wiary oraz miłości bliźniego.

- A jednak byłem gotów oddać to wszystko dla innych - pomyślał, przywołując echo dawnej rozmowy z samym sobą, jeszcze w czasach studiów. Zastanawiał się wtedy, co właściwie ma do zaoferowania ludziom jako przyszły kapłan. Przecież był młodym, pełnym zapału studentem Uniwersytetu Poznańskiego, który mógłby zostać nauczycielem matematyki lub przyrody, spokojnie prowadząc życie na wzór ojca. Jednak powołanie do służby Bogu w jego sercu okazało się tak silne, że porzucił studia i jako 19-letni chłopak wstąpił do seminarium.

Wspomniał swoje pierwsze kroki, spotkania z profesorami i naukę, która kształtowała jego młody umysł, wprowadzając go w tajemnice wiary. To wtedy zaczął spisywać swoje przemyślenia na temat życia i oddania dla dobra innych. "Nasze ciało ma obowiązek służyć wyższym celom”, pisał, czując powagę i konsekwencję tych słów. Nie przypuszczał jednak, że stanie się tego żywym przykładem.

  Rok 1934 przyniósł młodemu księdzu nowe wyzwania. Został mianowany wikarym parafii w Lubaszu, niewielkiej, choć zżytej społeczności. Tam, pośród wiejskich dróg i spokojnych pól, gdzie życie płynęło zgodnie z rytmem pór roku, ksiądz Cofta nauczył się wsłuchiwać w potrzeby ludzi. Wierni przychodzili do niego po radę, pocieszenie, a także czasem po pomoc materialną. Egzamin proboszczowski zdał w marcu 1939 roku i kilka miesięcy później, po niespodziewanym wyjeździe proboszcza lubaskiego, we wrześniu tegoż roku przejął jego obowiązki. Dorywczo duszpasterzował również w sąsiednich parafiach powiatu czarnkowskiego, udzielając chrztów i błogosławiąc związki małżeńskie.

Jeszcze w 1939 roku założył w Lubaszu tajną komórkę pomocy jeńcom wojennym i więźniom politycznym w obozach, a także ich rodzinom oraz wysiedlonym z byłego powiatu czarnkowskiego do Generalnej Guberni. Pomoc ta polegała przede wszystkim na wysyłaniu paczek z żywnością, odzieżą, lekarstwami i przekazywaniu pieniędzy. Środki finansowe pochodziły z darów polskiej ludności, sporadycznie od niemieckich katolików.

A teraz leżał w piwnicy z trupami jako towarzyszami. Słyszał, jak kości otaczających go ciał trzeszczały pod narastającą siłą rozkładu. Czasem wyobrażał sobie, że to oni sami próbują mówić do niego, powoli, jak gdyby dzielili się swoją prawdą o życiu i śmierci. Ale ksiądz Cofta nie potrzebował przypominania. W jego pamięci rozbrzmiewały niezliczone imiona, twarze, uśmiechy ludzi, którym próbował pomóc. Uniósł powieki, wsłuchując się w głuche echo własnych wspomnień. Wtedy znowu pojawiły się obrazy z ostatnich lat w Lubaszu.

*

W niewielkim pokoju ksiądz Cofta siedział przy stole, wpatrując się w mapę okolic, którą rozłożył na pożółkłym obrusie. Obok niego stał Franciszek, organista z Połajewa, pomagający proboszczowi w jego misji.

- Franciszku - mówił Cofta, wskazując miejsce na mapie - zobacz, tutaj musisz udać się na pocztę w Tarnówce. Znają cię tam?

- Nie, księże proboszczu. Ale… czy naprawdę nie ma łatwiejszego sposobu, niż korzystać z tak odległych urzędów pocztowych?

- Mój drogi, musimy być czujni. Każdy nasz ruch może zdradzić, co robimy. Dlatego nikt nie powinien podejrzewać, że przesyłki idą od nas.

Cofta złożył mapę i ujął Franciszka za ramię:

- Bądź ostrożny! To, co robimy, jest ryzykowne. Niemcy nie darują nam tego.

Franciszek spojrzał na księdza z niepokojem:

- A jeśli coś się stanie?

Ksiądz uśmiechnął się łagodnie, choć ze smutkiem.

- Wiesz, Franciszku, od dawna sądzę, że czasem jeden człowiek musi ryzykować życie, by pomóc innym. Ale to decyzja, którą każdy podejmuje sam.

*

Kilka miesięcy później, pod koniec 1943 roku, na plebanii odbyła się tajna narada. Była zima, a mróz wdzierał się przez szpary w drzwiach. Cofta, otulony płaszczem, grzał ręce przy piecyku. W pokoju siedział także Karol, młody lekarz, który ukrywał się przed gestapo.

- Księże, czy ja dobrze rozumiem? - zapytał, ściszając głos. - Chce ksiądz przemycić pieniądze przez Połajewo do doktora Sede?

- Tak, Karolu - odparł ksiądz - Mój przyjaciel ma swoje sposoby. Dzięki tym pieniądzom może wykupić kilku naukowców i lekarzy z więzień i obozów. Ponoć doktor zna Niemców, którzy mogą pomóc.

Karol spojrzał na księdza z podziwem.

- Jest ksiądz ryzykantem, ale takim, jakiego potrzebuje ten kraj.

Cofta zaśmiał się cicho.

- Może i masz rację, Karolu. Ale kiedy widzę tyle cierpienia, nie mogę siedzieć cicho. A ty? Czy jesteś gotów mi pomóc?

- Tak. Dla Polski. I dla ludzi - odpowiedział Karol.

*

Tajną organizację proboszcza z Lubasza zdradził przypadek. Muszla klozetowa w pałacu w Lubasza pękła, a wtedy przypomniano sobie, że nieużywana łazienka na plebanii mogłaby posłużyć za źródło części zamiennych. Zarządca majątku osobiście ruszył z ekipą na plebanię. Tam podczas demontażu, przypadkiem odkryli archiwum Cofty, ujawniające całą jego konspiracyjną działalność. Gestapo pojawiło się szybko, a ksiądz kilka dni później znalazł się za murami obozu w Żabikowie.

Zycie w lagrze wypełniała codzienną walką o przetrwanie. Mimo ograniczenia obozowymi warunkami niósł pomoc oraz opiekę duszpasterską słabym i chorym więźniom. Działalność owa nie uszła uwagi niemieckich nadzorców. Księdza. Coftę skazano na przebywanie siedem dni i nocy w tzw. "drucianej beczce", wykonanej z drutu kolczastego. Trzeba było tam stać w pozycji pochylonej pod gołym niebem. Jedzenie składało się z kubka wody i skibki chleba.

Ksiądz Cofta dzielił swój los z trzema innymi więźniami. W ich imieniu poprosił o możliwość wymoczenia opuchniętych nóg. Gestapowiec się zgodził. Więźniów ustawiono przy basenie i zepchnięto do wody, ale Cofta miał jeszcze tyle sił, że uratował dwóch z nich. Trzeci utonął. W "nagrodę" ksiądz powrócił do drucianej beczki, gdzie cierpiał kolejnych sześć dni.

*

Jesienią 1944 roku zapadł na gruźlicę. Gdy niemieccy oprawcy dostrzegli jego słabość,zamiast skierować kapłana do lazaretu, zamknęli w wilgotnej piwnicy pośród ciał zmarłych więźniów. To było jak wyrok śmierci.

Leżąc w trupiej norze, czuł, że jego misja zbliża się ku końcowi. A jednak, gdy w myślach wracał do młodych dni spędzonych w seminarium, nie czuł strachu. Wiedział, że śmierć jest tylko przejściem. Wspomniał słowa, które napisał jako młody kleryk: "Powinniśmy być gotowi oddać życie, gdy wiemy, że wyższe dobro przez to osiągniemy". Nie wiedział, czy jego cierpienie przyniesie owoce, ale ufał, że Bóg widzi każdy krok i każdy akt miłosierdzia, wobec innych.

W półmroku ujrzał, jak drzwi piwnicy otwierają się z przeciągłym skrzypnięciem. Strażnik patrzył obojętnie a w jego spojrzeniu nie było śladu współczucia. Ciało księdza dygotało z zimna, gorączka odbierała mu siły, jednak znalazł w sobie resztkę odwagi, by spojrzeć Niemcowi prosto w oczy.

- Czego chcesz? - zapytał słabym głosem, w którym brzmiała nutka buntu.

Strażnik uśmiechnął się szyderczo:

- Majaczysz, księżulku. Słyszę, że nie przestałeś bredzić o nadziei. Myślisz, że to cię ocali?

Ksiądz wycieńczony chorobą zdołał wyszeptać:

- Nadzieja jest silniejsza niż śmierć. Nie zrozumiesz tego.

Strażnik zamknął drzwi, a piwnica znów pogrążyła się w ciemności. Zmysły księdza Cofty zaczęły gasnąć. Chłód, który wcześniej zdawał się przenikać ciało, teraz ustępował. W ostatnich chwilach życia, gdy powoli zanikała świadomość, wybaczył swoim oprawcom i oddał się w ręce Boga.

Ksiądz Czesław Cofta zmarł 4 października 1944 roku. Męczeńska śmierć kapłana sprawiła, że arcybiskup poznański Antoni Baraniak podjął starania o rozpoczęcie procesu jego beatyfikacyjnego. Bez rezultatu. Dziś niewielu pamięta o księdzu Cofcie. Pozostała po nim jedynie skromna tablica w murze kościoła w Lubaszu.

Zbigniew Noska"

                                                                     ***

 

Post Sebastiana Chosińskiego z 22 marca 2025 r. 

"Zmarł Zbigniew Noska - wągrowczanin z urodzenia, absolwent (a następnie nauczyciel) I Liceum Ogólnokształcące im Powstańców Wielkopolskich w Wągrowcu (1960) i polonistyki na UAM w Poznaniu. Znaliśmy się pobieżnie, bo za dużo dzieliło nas wiekowo i politycznie. On był zawsze mocno zaangażowany w działalność PZPR, ja - wręcz przeciwnie. Do naszych pierwszych spotkań doszło w drugiej połowie lat 80., kiedy był redaktorem naczelnym "Tygodnika Pilskiego", ja zaś - wespół z Przemek Nowaczyk - skromnym młodzieżowym współpracownikiem gazety (pisaliśmy głównie o muzyce). W pamięci utkwił mi przede wszystkim jego gabinet, w którym na półkach w równym rzędzie stały poukładane dzieła zebrane... Lenina.

Później widywałem go głównie przy okazji wizyt w pilskiej redakcji "Tygodnika Nowego", do którego przeszedłem - wciąż jako luźny współpracownik - wraz z Krzysiem Kalką. W drugiej połowie lat 90., jeśli mnie pamięć nie myli, "TN" postanowił otworzyć dodatek wągrowiecki. Pan Zbigniew poprosił mnie wtedy o spotkanie, przy piwie zaproponował, bym poprowadził gazetę. Wysłuchałem grzecznie (bo z natury jestem grzeczny), jak wyobraża sobie współpracę, a następnie odmówiłem (dodatek trafił w ręce kogoś innego). W ostatnich latach znajomość była już czysto facebookowa. Kibicowałem mu jednak, gdy wydawał kolejne publikacje. Cóż, na pewno była to ciekawa postać."

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz