Zapach wolności

 
Zapach wolności
 
W latach 80 -tych … tak wiem myślicie sobie : ten znowu o latach 80 -tych
Były to czasy, gdy reżim nieco odpuścił, ale nadal byliśmy skazani na “wspaniałomyślność”  ówczesnej władzy, która czerpała garściami wszystko co najlepsze z ojczystej ziemi przesiąkniętej potem ludzi pracy i krwią bohaterów i reglamentowała nam wyrób wolnościo-podobny, w postaci zmielonych  żarnami socrealizmu: jedyną słuszną prawdę, historię, sztukę, marzenia i chleb.
 
Sklep spożywczy w PRL

Będąc nastolatkiem mogłem zaznać smaku tych czasów, bo wtedy wszystko zaczęło się zmieniać,  gdy w sierpniu 1980 robotnicy podnieśli głowy by walczyć z reżimem i nie dali się złamać 13 grudnia 1981, a reprezentacja Polski w piłce nożnej odnosiła sukcesy na Mundialu w Hiszpanii 1982 (uliczkę znam w Barcelonie, w uliczkę wyskoczy Boniek). Czasy kiedy  masło sprzedawano na kartki albo książeczki zdrowia dziecka. W sklepach GS czy PSS Społem kiełbasę, smalec  i marmoladę pakowano w paragon czyli papier na którym ekspedientka liczyła ręcznie w słupku należność za zakupy, a torbę trzeba było mieć swoją, najlepiej  szmacianą z drewnianymi uszami. W sklepie mięsnym stało się w kolejce, ale nie było wiadomo co przywiozą, kacze budy, świńskie uszy czy może pasztetową w sztucznym flaku. W telewizji były tylko  dwa programy z czego jeden śnieżył, a audycje radiowe z za żelaznej kurtyny: Głos Ameryki i Radio Wolna Europa były zagłuszane przez władze, aby nie docierał do Polaków głos z wolnego świata. Ale mimo tych wszystkich niedogodności życie było prostsze i spokojniejsze. Uważam, że właśnie tamte lata należały do zwykłych ludzi, ludzi których więcej łączyło niż dzieliło, odwrotnie niż teraz. A przecież to było tak niedawno, bardzo szybko popsuła nas ta wolność.
 
Kościół p.w.św.Ducha. Święcenie krzyży do szkół i urzędów.
 
Jako dzieciak byłem zaledwie obserwatorem tych ważnych wydarzeń, bo miałem inne problemy i dylematy. Dopiero w 8 klasie pojawiły się skrzętnie ukrywane "oporniki w klapie" szkolnego mundurka, subtelny znak oporu. Wtedy też mogliśmy przysłużyć się ojczyźnie nie tylko nauka, ale też pracą. Zamiast siedzieć w szkole by się uczyć, albo uczestniczyć w uroczystych akademiach, wywozili nas OSINOBUSEM w pole do zbierania kamieni, albo warzyw okopowych, a czasami do lasu na "sadzenie drzew". . Nie ukrywam że w tamtym czasie była to swoista atrakcja turystyczna. Szkoła otrzymywała za to jakieś psie pieniądze.
 
OSINOBUS zawsze kojarzył się z  ZOMOwskimi więźniarkami

 
Jesienią 1983 roku kiedy pojechaliśmy całą klasą na "wykopki"(konkretnie: ręczne zbieranie ziemniaków, które zostawił kombajn) na pole w okolicy nomen omen Kaziopola, jakież było moje zdziwienie, gdy podczas przerwy na czarną kawę i pyszny chleb z żółtym serem przywiezione z bazy Rolniczej Spółdzielni Produkcyjnej "Równość", większość moich rówieśników pobiegła w krzaki palić ćmiki ! 
"Sport na boisku ze sportem w pysku" 
 
Teraz rozumiem, że to też był jakiś przejaw pragnienia wolności i zapach tej wolności na jaki mogły sobie pozwolić nastolatki w 1983 roku. To był, okres naszego dojrzewania, również społecznego, ale także czas rodzącego się buntu i chęci pokazania go światu. Spowodowanie choćby takiej małej rysy na murze, który później faktycznie runął. W pewien marcowy wieczór 1984 roku z okazji dnia kobiet, zaprosiliśmy dziewczyny z naszej klasy do kina "Przemysła". W czasie gdy na ekranie pojawiła się kultowa Polska Kronika Filmowa (czyli coś w rodzaju dzisiejszych reklam), wszyscy chłopacy wymknęli się na chwile z sali, niby po upominki, ale tak naprawdę, aby na murze domu przy rondzie (obecnie Melzera) namalować czerwona farbą znak "Solidarności Walczącej". Nikt z nas nie puścił pary z ust ... do dziś. Wybaczcie i dziękuję :)

 
 
 
Piłka była okrągła, a z bramkami różnie bywało.
 
Zanim kupiłem pierwsza piłkę to oglądałem ją  na wystawie sklepu sportowego na ul. Wielkiej poznańskiej przez kilka miesięcy, aż  nazbierałem kieszonkowych, a brakującą część wyprosiłem od mamy. W piątej klasie podstawówki założyliśmy na naszej ulicy im. Elizy Orzeszkowej drużynę podwórkową. Włodek, Artur, Jacek, Piotr, Marcin i ja,to był trzon ekipy.  Czasem dołączali do nas inni “zawodnicy”, kumple z klasy lub rówieśnicy z pobliskich ulic . Na początku graliśmy po prostu na ulicy, czyli klepisku, a bramki wyznaczały dwa kamienie,natomiast  pole do gry ograniczały naturalne przeszkody takie jak płot, rów, czy sterta pustaków. Mieliśmy ambicje żeby grać z podobnymi “dzikimi”drużynami, wzięliśmy nawet udział w jakiś nieformalnym turnieju który był rozgrywany na boisku”Hipolita” Nasze szanse były marne, ponieważ większość chłopaków tworzących pozostałe ekipy była od nas starsza o dwa, trzy lata. Podczas jednego z meczów usłyszeliśmy dziwne dźwięki dobiegające ze szkolnej piwnicy. Wszyscy pobiegliśmy zobaczyć do okienka co tam się dzieje. W łomocie i hałasie pozbawionym sensu, według naszej ówczesnej wiedzy, rodziła się twórczość pierwszego rogozińskiego zespołu rockowego lat 80-tych. Nazywali się  S.O.S, później krążyła o nich  taka anegdota, podobno na jednym z przeglądów ktoś z jury powiedział że ci panowie naprawdę potrzebują pomocy. Tak czy inaczej chyba nikt już nie pamięta kapeli tworzonej przez dwóch braci Irka i Wiecha i ich kumpli. Prawie nikt :)
 
S.O.S. i przyjaciele 
 
Wróćmy do piłki. Każdy z nas miał w domu białą koszulkę i wystarczyło tuszem narysować numer, a  na spodenki  zrobiliśmy zrzutkę i  kupiliśmy w sklepie na piętrze przy ulicy Wielkiej Poznańskiej 16. W potrzebnej nam ilości i rozmiarach były tylko zielone. Mieliśmy nawet nazwę, ale nie pamiętam czy to był Piorun czy Błyskawica, ale coś podobnego.
 
"Za garażami 1986" Mój młodszy brat i ja.
 
 Po jakimś czasie zaczęliśmy trenować na łące “za garażami” przy ulicy Polnej. Teren na którym jeszcze niedawno bujały się kłosy zbóż został przeznaczony na garaże, ale spora część była jeszcze wolna i stała się naszym boiskiem.Tam wreszcie można było postawić bramki z drewnianych kołków (później były metalowe) i wyznaczyć pole do gry żółtym piaskiem. W pewnym okresie spędzałem tam dużo czasu i lubiłem grać “w polu”, ale wiele razy stałem na bramce ponieważ jako 12/13 latek miałem swoje “obowiązki wobec rodziny” czyli  pilnowanie młodszego rodzeństwa. 
 
Karuzela na Końskim Jarze. 1985, fot. Włodzimierz Pniewski

Drugie “dzikie” boisko znajdowało się na ul.Krótkiej, obecnie teren przedszkola, w latach 80-tych czasami rozbijało się tam “wesołe miasteczko”. W połowie czerwca 1982 roku w Hiszpanii rozpoczęły się Mistrzostwa Świata w piłce nożnej , oczywiście nasze podwórkowe ekipy  przypisywały sobie nazwy państw biorących udział w mundialu, a chłopacy nazwiska znanych piłkarzy. Po dwóch słabych meczach Polaków, które zakończyły się bezbramkowymi remisami, postanowiliśmy sami wygrać te mistrzostwa. 22 czerwca rozgrywaliśmy mecz wyjazdowy(rowerem) na boisku “blokajów”(dzisiaj mówi się blokersów) właśnie na Krótkiej. Jakież to było surrealistyczne przeżycie, kiedy podczas naszego podwórkowego pojedynku z otwartych okien pobliskich mieszkań co jakiś czas dobiegały okrzyki radości lub zawodu, jakby to nam kibicowano. Ulice miasta opustoszały, bo wszyscy w domach oglądali mecz. Ostatecznie Polska wygrała z Peru  5:1 stąd taki aplauz na osiedlu.
 
Mecz Polska- Peru fot.PAP

Kiedy byłem w szóstej  klasie podstawówki  rodzice pozwolili mi zapisać do  klubu sportowego Wełna Rogoźno, trenował nas Pan Matuszak. Pierwsza drużyna  Wełny w tym sezonie 1982/83 występowała w trzeciej lidze i był to najwyższy szczebel rozgrywek w historii tego klubu. Szczególnie zapadł mi w pamięci mecz naszych seniorów z 19 czerwca 1983 roku z Lechią Gdańsk (przegrany 0:3) ponieważ kilka tygodni później tą samą “Lechię” oglądałem w telewizji, bo w Pucharze Zdobywców Pucharów grała dwumecz z  “Juventusem”, drużyną Bońka i Platiniego (wyniki 7:0 i 3:2 dla “starej damy”). 
Ale znalazłem ciekawy cytat opisujący pojedynek Lechii i Wełny z 31 października 1982 roku  “(...)Gdańsk Wrzeszcz, stadion przy ulicy Traugutta. Mecz III-ligi piłkarskiej Lechia Gdańsk - Wełna Rogoźno. Zimno, wiatr i dokuczliwa mżawka. Jeśli nie aura to z całą pewnością zestawienie drużyn i ranga zawodów powinny odstraszyć każdego kibica. Na trybunach zasiada jednak około 6 tysięcy widzów. By zmarznąć, zmoknąć, stracić czas, pieniądze, i uraczyć się piłkarskim gniotem(...)  Źródło: Ostrowski Jan [Jacek Kurski], Przekaz, nr 2 z 1987 r. 
Po sezonie 82/83 Wełna spadła do okręgówki, a gdańszczanie awansowali do II ligi.
 
Źródło.Lechia Net

 Trenowałem i grałem do 18 roku życia i jak większość moich kolegów zakończyłem tą przygodę na drużynie juniorów. Niewielu decydowało się na kontynuowanie gry w seniorach, powiedzmy że napatrzyliśmy jak to wygląda i wystarczyło, tam już nie było szczeniackiej zabawy, tylko męska gra :) Przez większość tego czasu trenował nas i wychowywał Józef Kruk, człowiek o ogromnym doświadczeniu i wiedzy, które przekazywał nam nie tylko na treningach, ale także na spotkaniach. Wełna miała takie swoje miejsce ze ścianami wypełnionymi zdjęciami, proporcami, pucharami i innymi pamiątkami  w  małym budynku na Wielkiej poznańskiej między Stokrotką, a nr 22. Tam trener omawiał z nami taktykę i opowiadał o historii klubu i swoich doświadczeniach. 
 

 Z ówczesnego klimatu lat 80 tych pamiętam smak herbaty nalewanej z dużego termosu do metalowych kubków nabierką od zupy, ten "eliksir" przygotowany  przez gospodarza obiektu Pana Stasia Figurę najlepiej gasił pragnienie po treningach i meczach. Gospodarz miał też swoją “świątynię” - magazynek  ze sprzętem. Było to bardzo małe, ciemne pomieszczenie, gdzie wyczuwalny był specyficzny zapach skóry, gumy i czegoś jeszcze, mieściły się tam regały z piłkami, koszulkami i obuwiem sportowym. Był też taki specjalny karton z różnymi “korkotrampkami” każdy z innej parafii, jak się komuś na treningu podarł np. prawy but, co nie było rzadkością, to mógł sobie poszukać drugiego w tym kartonie … takie czasy. Fajne czasy, beztroskie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz