niedziela, 20 lipca 2025

Dalej niż sięga pamięć

 

 Kiedy jesteśmy dziećmi, to z reguły niewiele rozumiemy z opowieści naszych dziadków o czasach w jakich przyszło im dorastać i żyć. Na przykład w biedzie 20 lecia międzywojennego kiedy do jedzenia była tylko zupa z brukwi albo lebiody, a gdy sąsiad miał świniobicie, to aromatyczny wywar pozostały z gotowania podrobów stanowił kulinarny rarytas dla całej wioski. Bycie parobkiem, albo służącą u właściciela folwarku było szczytem możliwości dla wielu naszych przodków i nie było w tym nic  urągającego godności, bo żadna praca nie hańbi. Mój dziadek Kazimierz był niepiśmienny do śmierci w 2001 roku , ale za to dobrze mówił po niemiecku i często relacjonując swoje przygody używał tego języka (gdy przeglądam dokumenty urzędowe z początku XX w. to widzę że jedna czwarta uczestników kontraktów np. małżonków czy świadków podpisywała  się trzema krzyżykami +++ co świadczy o braku umiejętności czytania i pisania). Kazimierz, ojciec mojej mamy i mój ojciec chrzestny, często opowiadał o swoim dzieciństwie i późniejszych latach pracy, żałuję że tak niewiele z tego pamiętam. Odnalazłem podpis dziadka, który wraz ze swoimi braćmi (Wincentym i Janem) uczęszczał do szkoły powszechnej w Tarnowie (gm.Rogoźno). W 1926 r. USA świętowały 150-lecie niepodległości. Z tej okazji naród polski złożył narodowi amerykańskiemu oryginalny prezent – życzenia, pod którymi podpisało się wielu Polaków. Zbiór opracowany w 1926 zawiera pozdrowienia i podpisy przedstawicieli wszystkich szczebli władz II Rzeczypospolitej (z prezydentem Ignacym Mościckim, oraz posłami na Sejm i senatorami Rzeczypospolitej), wojskowych, przedsiębiorców, naukowców oraz kilka milionów podpisów uczniów szkół polskich. 
 

Do 2025 roku zanim rozpocząłem swoje poszukiwania, to moja wiedza na temat np. pradziadka była taka, że zginął na I wojnie i nigdy nie zobaczył swojego imiennika- najmłodszego syna Kazimierza.

 Dlatego postanowiłem poznać lepiej swoich przodków, zwłaszcza starszych od mojego dziadka Kazimierza Ślachciaka, syna Kazimierza i Katarzyny z d. Mendel, urodzonego w Gościejewie w trzech króli 1915 roku. Wtedy jego ojciec, a mój pradziadek Kasimir -bo tak Niemcy zapisywali jego imię, walczył na froncie zachodnim I wojny światowej zasilając szeregi 12 kompanii, III batalionu,  Reserve-Infanterie-Regiment Nr.7. 

Zanim został zmobilizowany w sierpniu 1914 roku to miał już dwóch synów : Wincentego (1912-1996) i Jana (1913-1958) ale wiedział też że zostawia w domu brzemienną żonę. Pradziadek Kazimierz ( Kasimir) urodził się w Nowym Sułaszewie obecnie Sułaszewo pow. Chodzieski 25 lutego 1887roku. Jego ojciec Andrzej (syn Jana ur. w 1817 i Konstancji z.d.Jankowska ur. w 1825) wdowiec po Ludwice Ziętoskiej którą poślubił w 1871 roku w Broniszewicach, w 1875 roku wziął za żonę  młodszą o 10 lat Jadwigę Łyskawkę z którą przeprowadził się z pod Pleszewa, najpierw w okolice Chodzieży, a później do Ninina. 

                  Odszukałem w archiwach akt ślubu moich prapradziadków.

 
  Tłumaczenie: Pleszew (USC), dnia 21 kwietnia 1875 r. o godzinie 8:00 (data ślubu)  Małżonkowie:
1. Robotnik dniówkowy Andrzej (Andreas) Slachciak, katolik, 28 lat, urodzony i zamieszkały w Broniszewicach. Syn komornika Jana Slachciaka i jego żony Konstancji (Constantia) z domu Jankowska, zamieszkałych w Broniszewicach.
2. Niezamężna Jadwiga (Hedwig) Lyskawka, katoliczka, 19 lat, urodzona i zamieszkała w Pacanowicach. Córka gospodarza Andrzeja Lyskawki i jego żony Marianny z domu Garsztka, zamieszkałych w Pacanowicach.
Świadkowie:
3. Gospodarz Walenty Biadala, lat 42, zamieszkały w Pacanowicach.
4. Gospodarz Andrzej Lyskawka, lat 43, zamieszkały w Pacanowicach
 
 i pradziadków 
 

Tłumaczenie: Rogoźno 8.7.1911 1. Robotnik Kasimir Slachciak, katolik ,ur. 26.02. 1887 w Neu Sulaszewo pow. Chodzież , zamieszkały Gościejewo pow Oborniki , syn robotnika Andrzeja Slachciaka i jego żony Jadwigi z d. Łyskawka obojga zamieszkałych w Ninino pow. Oborniki 2. stanu wolnego Katarzyna Mendel , służąca , katoliczka , ur. 17.10. 1888 w Dombrowka pow. Oborniki , zam. Rogoźno , córka robotnika Wojciecha Mendel i jego żony Katarzyny z d. Wawrzyniak , obojga zam . Grudna pow. Oborniki. 

 

 Niestety historia życia mojego pradziadka Kazimierza (Kasimira) wkrótce się zakończyła,  prawdopodobnie w okolicach Woëvre (Francja). Na listach strat z czerwca 1915 widnieje jako zaginiony ale dopiero w lipcu 1917 roku został sądownie uznany za zabitego 8.06.1015. Takie okrutne były realia tamtej wojny, dzisiaj co raz mniej się o tym mówi i pamięta, mimo że w wyniku tego kataklizmu zginęło około 20 milionów ludzi z czego połowa to żołnierze- w tym Polacy choć oficjalnie  ofiary naszej narodowości nie figurują na żadnej liście strat. A ciała mojego pradziadka podobnie jak  tysięcy innych ofiar  po wszystkich stronach tego konfliktu nie odnaleziono bądź niezidentyfikowano.

Lista strat z 19.06.1915 Kasimir "zaginiony"


   Lista strat z 4.07.1917 Kasimir dotąd uznawany za zaginionego, zginął 8.06.1915 roku. Litera "G" oznacza "gerichtlich für tot erklärt"-uznany za zmarłego przez sąd.    



 

A zatem, moja prababcia  Katarzyna po niespełna 4 latach małżeństwa  w 1915 została wdową z trójką łobuzów, ale oficjalnie to dopiero po wyroku sądu w 1917. Cofnijmy się jeszcze do XIX wieku kiedy w Dąbrówce Ludomskiej Catharina Mendel przyszła na świat co potwierdza poniższy akt urodzenia:

Tłumaczenie: Ludomy 22.10.1888, przed podpisanym poniżej urzędnikiem stanu cywilnego zjawił się dzisiaj robotnik Adalbert Mendel, zamieszkały w Dąbrówce, wyznania katolickiego i zgłosił, że Catharina Mendel, z domu  Wawrzyniak, jego  żona wyznania katolickiego, zamieszkała u niego w Dąbrowce w jego mieszkaniu dnia 17.10.1888 po południu o godzinie szóstej urodziła dziecko płci żeńskiej, któremu nadano imię Catharina.    
 
Rodzice mojej prababci Katarzyny pochodzili z Cerekwicy (gmina Rokietnica), 
gdzie za zgodą swoich rodziców : Michała Mendla  i Katarzyny z d. Bączkowskiej  oraz Józefa Wawrzyniaka i Wiwianny (Bibianny) z d.Wojciechowskiej w roku 1876 wzięli ślub. Zapewne w poszukaniu lepszego jutra przenieśli się do Dąbrówki Ludomskiej, a później do Grudny. O rodzeństwie prababci  jeszcze napiszę, ale wróćmy do czasu kiedy nasza Katarzyna  w 1917 roku dowiedziała się oficjalnie że została wdową po Kazimierzu(Kasimirze). Wtedy poznała wdowca Idziego Zielonkę który miał troje dzieci z pierwszego małżeństwa : Władysławę (ur.23.03.1909) , Marianne (ur. 7.09.1914) i Piotra (ur.11.04.1920),        
Gościejewo 26 luty 1933, ślub Władysławy Zielonki z Leonem Wyrwickim.

 
  a prababcia miała  "trzech budrysów" : Kazia,Wicka i Janka. 
Żyli razem w tych niełatwych czasach odrodzonej Polski wychowując sporą gromadkę  dzieci w tym czworo wspólnych: Martę (ur.02.07.1923), Felicję (ur.12.03.1925), Anastazję (ur.10.04.1926) i Zofię (ur. 06.04.1928) ...i tutaj zostawiam miejsce z nadzieja że kiedyś napisze o tym więcej.
Katarzyna Zielonka i jej córki ok. 1947 r.

 
 
W księdze meldunkowej z roku 1930 w Rogoźnie odnalazłem wpis że mieszkali wszyscy razem, czyli moje ,twoje i nasze:
Tutaj jest jeszcze parę spraw do wyjaśnienia...w przyszłości

Rok 1978, prababcia Katarzyna na swoich 90-tych urodzinach, 
a obok po lewej jej syn, mój dziadek Kaziu.
 
90 urodziny 

Ostanie lata swojego jakże bogatego życia moja prababcia Katarzyna Mendel/Ślachciak/Zielonka spędziła u swojej najmłodszej córki Zofii Romańskiej w Jarocinie gdzie zmarła 28 października 1983 roku i została pochowana na cmentarzu komunalnym.

 Zofia zmarła 23.03.2020 roku (zdjecie nagrobka z 1996r.).

 

Myślę że to nie koniec tej historii

 



 





 


 

 





 

piątek, 16 maja 2025

Dokąd sięga pamięć

 Dokąd sięgamy pamięcią w najmłodsze lata swojego życia ? 

Urodziłem się w niedzielę o 12:30 w rogozińskiej Izbie Porodowej na  ulicy Wielkiej Poznańskiej 89

Oryginalna kartka z kalendarza

 

To ja 1970 rok.Rogoźno, ul.Wielka Poznańska 59  

 

Fragmenty moich wspomnień sięgają początku lat siedemdziesiątych kiedy wraz z rodzicami i bratem Jackiem, a później tez siostrą Agnieszką mieszkaliśmy u dziadków na ulicy Nowej 14. Nasze gniazdko mieściło się na pietrze i miało około 30 metrów podobnie jak dwa pozostałe na tej kondygnacji . Składało się z dużego pokoju w którym stał elegancki zestaw mebli sypialnianych i wykuszu w którym była kuchnia. Wchodząc do pokoju po prawej stronie stało wielkie łózko z szafkami nocnymi, na wprost ogromna trzydrzwiowa szafa, a po lewej toaletka z ruchomymi lustrami w których można było się obejrzeć z każdej strony. Obok toaletki stał telewizor "Ametyst"kupiony ma mistrzostwa świata w piłce nożnej w 1972- ale to już wiem od rodziców. Dalej za telewizorem w takiej niszy po lewej  stronie była kuchnia z oknem w wykuszu i było to jedyne okno w tym mieszkanku. Po lewej stronie stały meble kuchenne a po prawej maszyna doszycia naszej mamy. Maszyna do szycia i jej specyficzny terkot towarzyszyły mi przez całe dzieciństwo. Do ogrzewania służył piec kaflowy ale nie pamiętał gdzie stał. Łazienki nie było ale były miski i wanna ocynkowana, a murowany wychodek w podwórzu. 

Wielkanoc 1970 r. Mama i ja w drzwiach na podwórze ul.Nowa 14 
 

Pamiętam że czekałem kiedy wskazówki zegara przesuną się obok "4" która przypominała wielki nos górala bo wtedy w telewizji był "Janosik.

Pewnego dnia razem z Aliną  (moja rówieśniczka i sąsiadka z dołu-też mieszkali u dziadków) robiliśmy w piaskownicy pączki z ..piasku. Mieliśmy taki stary i bardzo ciężki, garnek żeliwny w którym mieszaliśmy ciasto-błoto. Pamiętam ze go podniosłem i sie przewróciłem rozcinając brodę o ostry kant tego garnka, wywołało to mocne krwawienie, następnie z krzykiem biegłem po schodach do mamy. Mama usłyszała mój krzyk już na podwórzu a ślady krwi musiała wycierać na korytarzu i drewnianych schodach. Nie wierzyła że to pamiętam, a blizna na brodzie pozostała.

Początek lat 70-tych budowa domu fotografa Pana Wójtowicza na ul. Wąskiej 6. Nasz ojciec Stanisław-Mistrz ciesielstwa robił szalunek pod fundamenty, a ja z Jackiem właśnie definiujemy swoja przyszłość. Jakież prorocze to ujęcie.

 Nasz ojciec pracował jako stolarz (choć z zawodu był cieślą-mistrzem ciesielskim) w fabryce mebli na Kotlarskiej. Kiedyś zrobił Jackowi i mi drewniane taczki i utkwił mi w pamięci taki epizod przed domem na Nowej była taka szlaka/żużel zamiast chodnika i tam się bawiliśmy ładując do taczek to kruszywo ale ciągle nam się urywały/wyhaczały kółka co było dla nas dzieci bardzo irytujące. 


                                          Mój starszy brat Jacek i siostra mamy ciocia Krystyna.                                        Rogoźno 1970 rok, ulica Nowa 14, po prawej w oddali widać dom Państwa Rakowskich.

Jedno z moich najmilszych wspomnień z czasów kiedy miałem  3/4 lata jest Wielkanoc, bawiłem się na ulicy Nowej, tak na ulicy bo wtedy samochody miała tylko straż pożarna a poza tym jeździły wozy konne (np. takie z których woźnica się wydzierał w niebo głosy : "stare szmaty, garnki skupuje, noże ostrze ..."itp.). Pamiętam że było bardzo ciepło i pięknie pachniało, było słychać pianie koguta i byłem szczęśliwy. To uczucie jest tęsknotą  która towarzyszy mi przez całe życie.

Mam takie przebłyski kiedy razem z Jackiem pod opieką babci Kazi (mama Ojca) jesteśmy nad rzeką Wełną w Obornikach i widzimy budynek szpitala w którym urodziła się nasza siostra Agnieszka ,a babcia nazywała jagódką albo malinką... to zaskakujące ale miałem wtedy zaledwie 3 lata. Tymczasem tata zmienił pracę i z fabryki mebli przeniósł się do narzędziowni w Rofamie, ponieważ największy zakład pracy w Rogoźnie oferował swoim pracownikom działki budowlane na ulicy Orzeszkowej i południowej części ul. Prusa. Stanisław synów już miał (i córkę), pora zatem wybudować dom, o zasadzeniu drzew jeszcze napiszę. Niedzielne spacery kończyły się podlewaniem... pustaków ze szlaki/żużlu (pozostałość po spalaniu węgla szeroko wykorzystywana do utwardzania dróg, oraz w budownictwie m.in. do chałupniczej produkcji bloczków budowlanych), które ojciec robił po godzinach. Budowa domu w latach 70-tych wymagała od inwestorów wielu umiejętności, to czasy kiedy ciężko było zdobyć cokolwiek na oficjalnym rynku. Dlatego wzajemna pomoc sąsiedzka budowała domy i relacje. Miałem swój skromny udział w budowie naszego domu kiedy któregoś dnia dziadek zabrał mnie na bagażnik i pojechaliśmy na "oszeszkową". Ekipa budowlana właśnie tynkowała jeden z pokoi na pietrze. Pozwolili mi wejść na rusztowanie i rzucać kielnią zaprawę na ścianę, po czym zacierać tynk rajberką. Mama się przeżegnała gdy wróciłem do domu z rękawami pełnymi zaprawy tynkarskiej.

W tym krótkim czasie, zaledwie 4 lat które spędziłem na ulicy  Nowej pamiętam od zawsze zaledwie kilka sytuacji, ale mam wiele wspomnień z lat późniejszych bo często odwiedzałem dziadków: Joannę (z domu Głów 1922-2013) i Kazimierza (1915-2001) Ślachciaków. Kiedy np. "dziadkowe kury" wlazły do opuszczonego warsztatu w podwórzu i dziadek przyjechał po mnie rowerem żebym przecisnął się przez kraty w oknach i wyłapał niesforny drób :), albo gdy po lekcjach religii w przykościelnej salce ( w której strasznie śmierdziała stara drewniana podłoga)  po drodze do domu chodziliśmy do babci i słuchaliśmy pocztówek dźwiękowych i płyt winylowych wuja Marka (Marian Ślachciak 1958-1990) a naszą ulubioną Bractwa Kurkowego znam na pamięć i mogę zaśpiewać nawet dzisiaj.

Babcia Janka i dziadek Kaziu. Podwórko na ul.Nowej 

 

CDN ( wspomnienia uzupełniam i poprawiam w wolnym czasie :) 

15.10.1974 przeprowadzka na "orzeszkową"

Od lewej Przemek, Jacek, Agnieszka i Grzegorz (Dzidek)1978

                           

                                                              ***