Na Rodzynkowym Rynku w Rogoźnie

 

 

Fot. Władysław Orłowski.
  Jest piątkowy poranek (lata 80. XX wieku) i jedziemy z mamą rowerami na targ. Rogozińskie targowisko miejskie, którego teren po części jest klepiskiem, a reszta to "kocie łby" (teren wybrukowany przy okazji budowy Strażnicy OSP w 1924. r- "Kronika miasta Rogoźna") mieści się przy zbiegu ulic Ogrodowej, Piekarskiej i Rzeźnickiej. Wszędzie stoją wozy i furmanki na których leżą płody rolne okolicznych chłopów: owoce, warzywa, jabłka,  pyry, buraki, marchew, kapusta, ogórki, kurze jaja, ale też zwierzęta w klatkach: kury, kaczki, świnki-tylko w parkach (jedna się nie uchowa) i króliki.

- Pani zobaczy jakie mam ładne pyry: Irysy i Bryza.

- Daj Pan pół cetnara Bryzy.

 

Wracaliśmy do domu na “Orzeszkową” z przewieszonymi przez ramy rowerów 50 kilogramowymi workami ziemniaków dla nas  i pszenicy (którą trzeba było jeszcze zawieźć do śrutowania) dla naszych dwóch świnek. W tamtych czasach na targu kupowało się wszystko bezpośrednio od producenta, rolnika, sadownika, hodowcy. Gdy miałem 11-13 lat sam byłem hodowcą królików, zbierałem dla nich mlecz i koniczynę, czyściłem klatki, wymieniałem ściółkę. Ponieważ w rodzinnym domu nie było amatorów tego mięsa zawoziłem moich uszatych podopiecznych do skupu GS na Wielką poznańską(w podwórku ROLNIKA), albo tam gdzie złom, do GS'u na ul. Zwycięzców Stalingradu.

 

Rynek rodzynkowy 2026

 Richard Ehrlich "Wędrówka przez Rogoźno" 1912

"(...) Ulica Ogrodowa nie oferuje zupełnie nic godnego uwagi. W dolnej części ulicy Rzeźnickiej , w pobliżu tak zwanego Rynku Rodzynkowego, można by szukać dawnego getta, jeśli takowe w ogóle kiedykolwiek w Rogoźnie istniało. Pośród starych, częściowo na wpół zrujnowanych domków przy ulicy Rzeźnickiej znajduje się kilka budynków wartych uwagi.

Na rogu ulic Piekarskiej i Rzeźnickiej niedawno wybudowano "Herberge zur Heimat", okazały, dobrze prezentujący się dom, naprzeciw którego, u zbiegu ulic Rzeźnickiej i Ogrodowej, znajduje się remiza ochotniczej straży pożarnej.(...)”

 


 Instytucja Herberge zur Heimat („Schronisko ku Ojczyźnie” „Schronisko – Dom na drodze do domu”) narodziła się w połowie XIX wieku w Niemczech jako odpowiedź na gwałtowne przemiany społeczne wywołane industrializacją. 

   Pierwsze Herberge zur Heimat zostało otwarte 21 maja 1854 roku w Bonn z inicjatywy Clemens Theodor Perthes. Schronisko przeznaczono przede wszystkim dla wędrownych czeladników (Wandergesellen), którzy po ukończeniu nauki zawodu odbywali kilkuletnią wędrówkę od miasta do miasta, zdobywając doświadczenie u różnych mistrzów.W XIX wieku tysiące młodych rzemieślników nocowało w tanich gospodach, gdzie często panowały złe warunki, nadużywano alkoholu i dochodziło do przestępczości.

Żeliwny wieniec dębowy jest kolejnym znakiem wyjątkowości tego miejsca.
 Twórcy Herberge zur Heimat chcieli stworzyć bezpieczną alternatywę – miejsce przypominające dom rodzinny, w którym można było odpocząć, zjeść posiłek i otrzymać pomoc. Idea bardzo szybko się rozpowszechniła. Już pod koniec XIX wieku działały setki schronisk Herberge zur Heimat w miastach całego Cesarstwa Niemieckiego. 


 

Ten Rogoziński ewangelicki "hostel" powstał w roku 1909, w ramach programu Herberge zur Heimat i chociaż jak sądzę, dzisiaj nikt w naszym mieście nie wie w jakim celu wybudowano tą kamienicę i niewielu ludzi to obchodzi, podobna formuła pomocy nadal funkcjonuje w Niemczech - po tą sama nazwą

 

 Kolorowe jarmarki


Richard A. Erhlich (fot.myheritage)

   Urodzony w Rogoźnie 22 lutego 1888 roku, Richard Ehrlich był drukarzem,  wydawcą i publicystą. Po I wojnie światowej przeniósł się do Berlina, a w 1943 roku został deportowany razem z żoną i matką do obozu koncentracyjnego Theresienstadt (Terezin). W 1946 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmarł w w 1974 roku w Bostonie, dwa lata po swojej żonie Sophie z domu Karger.

    Po II wojnie światowej w swoich felietonach  publikowanych w różnych gazetach wiele razy wracał do lat dziecięcych spędzonych w  ukochanym rodzinnym mieście Rogoźnie. Opisywał różne żydowskie święta, anegdoty i wspomnienia. Jako ciekawostkę dodam, że korespondował min. z Albertem Einsteinem, czego dowody znajdują się w jego archiwach.

   2 stycznia 1953 roku na łamach gazety “Allgemeine”, która powstała w 1946 roku w Dusseldorfie pod nazwą Jüdisches Gemeindeblatt für die Nordrhein-Provinz und Westfalenj, a od 1948 wydawanej pod nazwą “Allgemeine Wochenzeitung der Juden in Deutschland”,  “mój” Richard wspomina rogozińskie jarmarki na przełomie wieków XIX i XX.

Przykładowa ilustracja XIX wiecznego  jarmarku
   
  “Rogoźno składało się ze Starego Miasta i Nowego Miasta, posiadało więc również dwa place targowe: Stary Rynek (brukowany) i Nowy Rynek (nie brukowany). Na Starym Mieście znajdował się także plac nazywany Rodzynkowym Rynkiem (Rosinemarkt), na którym od czasu do czasu urządzano karuzele i strzelnice, odbywały się też coroczne  jarmarki, o których opowiem jeszcze w dalszej części mojej historii. W Rogoźnie cyklicznie odbywały się  jarmarki bydła i koni, a także tak zwane jarmarki kramarskie. Naturalnie jarmarki bydła i koni odbywały się na nie wybrukowanym Nowym Rynku, podczas gdy jarmarki kramarskie urządzano na Starym Rynku. Można sobie tylko wyobrazić, jak ogromne znaczenie miały dla nas, dzieci, takie dni jarmarczne, gdyż zapewniały one mieszkańcom niezliczone atrakcje. Chociaż mieszkaliśmy w bezpośrednim sąsiedztwie Nowego Rynku, surowo zabraniano nam odwiedzania targu bydła i koni. Łatwo przecież mogło się zdarzyć, że jakiś byk zerwie się z uwięzi i — nie daj Boże — zagrozi któremuś z dzieci... Natomiast pozwalano nam odwiedzać jarmark kramarski na Starym Rynku, oczywiście również tylko w towarzystwie osoby dorosłej. (...)
 
Targ bydła i koni na Nowym Rynku w Rogoźnie (cyfrowa wizja autora)
 
 (...) Miałem wtedy około pięciu lat, to jednak nie stragany z piernikami, które tak bardzo mnie zachwycały — na których można było kupić nie tylko słynne toruńskie katarzynki, lecz także cukier jęczmienny i lukrecję, przykuwały moją uwagę. Nie były to również stragany rzeźników, na których oferowano wszelkie rodzaje najprzedniejszych kiełbas, a także ciepłe kiełbaski — ściśle koszerne, pod nadzorem Rabina. Nie były to nawet kolorowe, nadmuchane balony, które mogły mnie zachwycić...Balony jednak nie potrafiły mnie zainteresować.

 Godzinami stał malec w krótkich spodenkach i matroskiej bluzce, przed prostym kuchennym stołem i z napięciem oraz ogromną ciekawością słuchał wspaniałych przemówień przekupnia stojącego za stołem.

   Ten oferował małe metalowe urządzenie, które — jak twierdził — było najnowszym, sprowadzonym z Ameryki, opatentowanym przyrządem do nawlekania igły.

Przekupień mówił tak przekonująco, wzruszająco, a nawet łzawo zachwalał swój specjalny towar, że niemal można było uwierzyć, iż łzy same napływają do oczu:

-„Kiedy więc biedna, stara babcia, słaba na piersiach (i przy tym demonstracyjnie kaszlał), chce załatać koszulę, a nić jej się zrywa, lecz wzrok jest już zbyt słaby, aby ponownie nawlec nitkę, wtedy wystarczy wziąć do ręki moją maszynkę, a to czego nie potrafiłby dokonać żaden profesor na świecie, dzieje się dzięki mojej świeżo sprowadzonej  z Ameryki, opatentowanej maszynce w ciągu kilku chwil”.

Następnie przekupień, popadając w ekstazę, ciągnął dalej:

   „Za tę nowoczesną maszynkę nie zapłacą państwo, tak jak w Berlinie czy Poznaniu, całej marki, ani 50 fenigów, ani 25 fenigów — nie! Dzisiaj sprzedaję moją maszynkę wyjątkowo, z okazji wprowadzenia jej do sprzedaży w Rogoźnie, za jedyne 10 fenigów — mówię i piszę — 10 fenigów, ani grosza więcej. A ponieważ dzisiaj są moje urodziny, każdemu nabywcy maszynki podaruję jeszcze tę oto puszkę pełną igieł do szycia i cerowania — gratis!”

(przy czym główny nacisk położył na końcówkę słowa „gratis”).

„Duże, małe, grube, cienkie — wszystkie rodzaje są w środku”.

„No, moi państwo, kto chce kupić, a jeszcze nie ma? No, młody człowieku, a jak będzie z tobą?”

 

Zwrócił się również do mnie, a ja, całkiem zawstydzony takim zaszczytem, zacząłem składać moje mozolnie zaoszczędzone 10 fenigów, kupiłem przyrząd do nawlekania igły wraz z puszką igieł „gratis” i byłem bardzo dumny, kiedy w domu wręczyłem zakup mojej starej babci.
   Otóż, kiedy po wielu długich, pełnych zmian latach, tutaj, w Ameryce, jadę zatłoczonym metrem i obserwuję tych wielu, tak różnorodnych ludzi, stłoczonych obok siebie, przypominają mi się słowa przekupnia z jarmarku w Rogoźnie:
„Duże, małe, grube, cienkie — wszystkie rodzaje są w środku…”


***

O rogozińskich jarmarkach czytamy w “Dziejach Rogoźna” (rozdz.II str. 85) :

“Z istnieniem rynku lokalnego wiążą się jarmarki, będące dawniej okazja do upłynniania nadwyżek produkcyjnych miejscowego rzemiosła i okolicznej szlachty z ich gospodarstw oraz gospodarstw chłopskich. Przywileje targowe określały także prawa handlowe, zarówno miejscowych jak i przybyłych kupców.W początkach XVI w. tygodniowy targ w Rogoźnie odbywał się w niedzielę, a dopiero przywilejem z 24 czerwca 1535 r. został on przeniesiony na sobotę. Do połowy XVI w. odbywały sie trzy jarmarki. Ich liczbę do czterech zwiększył przywilej królewski Zygmunta Augusta z 15 października 1556 r. zezwalający na jego odbywanie w dniu św. Idziego.(...)

  Z przywilejami targowymi wiązały się zezwolenia na pobieranie opłat celnych. W dokumencie Zygmunta Augusta z 1556 r. wspomniano o prawie pobierania cła mostowego na rzece Wełnie. Kupcy natomiast musieli płacić pieniądze za to, że mogli sprzedawać podczas targu lub jarmarku(tzw. targowe jarmarczne).”

Dalej w rozdz. III autor wspomina : “Jarmarki kramarskie i bydlęce odbywały się osiem razy w roku, a targi zwykłe dwa razy w tygodniu: w poniedziałki i w piątki.”


 Zwyczaj organizowania targów w piątki przetrwał do dnia dzisiejszego, a tą historię można podsumować stwierdzeniem, że po stuleciach “wędrowania” po mieście rogozińskie targowisko w 2014 roku znalazło swoje miejsce na ulicy Nowej.

 



 

P.P.Nowaczyk 09.07./1.09.2026 

 

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz